wtorek, 25 września 2012

Cierpienie, krew i flaki, czyli ciasteczka

Zabrałam się dzisiaj za pieczenie ciasteczek. To wieść niesamowita tym bardziej, że według nowego przepisu. Tu jednozdaniowa dygresja na temat tego jak bardzo nie lubię kuchcić - otóż: bardzo. I druga - na temat tego, że nigdy chyba nie wyszłam poza mój wypróbowany trzyskładnikowy przepis ciasteczkowy. Zasada "im mniej składników tym lepiej" dotychczas sprawdzała się całkiem nieźle.
Ciasteczka... nawet wyszły. Rozpoczęło się od kombinacji kształtów, skończyło - na kombinacji nadzienia. Tu coś wypłynęło, tam coś się przypaliło... i gotowe :) Najbardziej emocjonujący był moment, w którym zamiast 10 dag dodałam do ciasta 10 g drożdży. To się nazywa kulinarny analfabetyzm... Całą sytuację uratowała Kasia - moja siostra, kulinarny specjalista domu. Kasia została bohaterem w swoim domu, bo poza uratowaniem ciasta przeżyła również grad pytań ze strony niekulinarnej siostry. Całość wydarzenia skończyła się dobrze, jak w amerykańskim filmie, tylko bez Murzyna ;)

Trauma przypalonego i niedopieczonego jednocześnie ciasta z akademika, które z Iwonką doprowadzałyśmy do stanu jedzenia za pomocą tarki, powoli odchodzi w niepamięć.Stare dobre straszne czasy... ;)

Kochana Wspólnoto, dla ciebie tak się poświęcam ;)

niedziela, 9 września 2012

Post podszyty ekshibicjonizmem

Św. Izydor od kuchni, czyli praca wre, z przerwą na Dzień Pański :)

Tak sobie myślę, czy nie wrzucić fotek z tworzenia ikony w mojej autorskiej wersji, tj. bardzo kombinowanej. To niestety nie takie tanie przedsięwzięcie, a jeszcze biorąc pod uwagę docenienie artystów przez społeczeństwo, to na uznanie i miliony mogę ewentualnie liczyć po śmierci, i to też raczej tragicznej czy spektakularnej. Zrobiłabym to zatem dla tych co jako i ja - wariacko kochają pędzel i farby ;)

Ale póki co i póki zastanawianie się trwa - daję się podglądnąć w środeczku malowania Izydora, patrona rolników. Na zamówienie. Olejami, które wraz z nieodłączną benzyną do czyszczenia pędzli dopomagają mi w mocnym śnie nocami, zabarwionymi już przecież lękiem związanym z nadciągającą przeprowadzką... 



piątek, 7 września 2012

Wrześniowe wariacje na temat



Rozjazdy małe i duże.
Od czasu skończenia toruńskich studiów nie mogę wydostać się z wyprowadzek. W tym miesiącu - do Lublina. Oby skutecznie i na dłużej, bo jeszcze żadna z nich - ani złotoryjska, ani toruńska, ani krakowska - nie zmusiły mnie do jakiegokolwiek ograniczenia rzeczy posiadanych. A jest ich niemało. Na szczęście książek najwięcej, choć kiecki walczą zacięcie. Gdzieś po drodze jeszcze czekają Poznań, Toruń i Zamek B., no i Chojnice, bo kocham. Moje drogie rozjazdy duże. I rozjazdy małe, które okazują się nie mniej wielki, a które już się skończyły. Moje małeduże tatrzańskie ścieżki, pożegnane na chwilę, daj Boże.

Te naprawdę małe, które oby nie stały się duże, to wyprawa do ortopedy. "Dzień dobry, uderzyłam się o Boczań" planowałam powiedzieć pani doktor w gabinecie. Nie wyszło, ale kolano i tak jest zbite i bolące.

A najciszej i pomalutku - podróż we wrzesień sam. Świat kolorowieje i smutnieje troszkę, takie dziwne połączenie. Ale jeszcze wrócę do lata - płótno, farby i troszkę gór z fotografii, na szczęście przedchwilejszych.

W jadłospisie królują gruszki z bigosem.