sobota, 28 lipca 2012

O pachnieniu

Zapachów moc krąży ostatnio po świecie. I, co lepsze, mają one swoje dźwięki i kolory.

Zaczęło się kilka dni temu o 5.20. Świat rozpoczął się absolutną ciszą i słońcem pokrywającym wszystko mokrą złotą zielenią. Ubraliśmy się, wzięliśmy koszyki i... ruszyliśmy na grzybobranie. Starą droga. Tkwiła w tym miejscu i prowadziła w kierunku lasu odkąd tylko pamiętam, czyli zapewne jeszcze dłużej. Aż mam ochotę pomyśleć, że tkwiła tam od zawsze, że jest śladem, tajemniczą pozostałością po niepamiętnych czasach. Ukrytym na borowiackiej ziemi traktem dawnych dni. Pachniała lekko rosą, mocno natomiast skoszonym sianem i trawą.Wczesny ranek jest idealną porą, żeby się na niej zapomnieć. Dzień przynosi odgłos szczekania psów ze wsi, przypomnienie cywilizacji. Weszliśmy w las. Tu dopiero zapachy wybuchły ze zdwojoną siłą! Sosny, wilgoć, runo leśne!... Słońce prześlizgujące się pomiędzy gałęziami wąskimi strużkami światła lub zalewające wyłaniające się mniej lub bardziej niespodziewanie łąki. Mistyka lasu. Na samym końcu zapachniały grzyby. Jak kadzidła, które kradliśmy do naszego głośnego domowego profanum.

Wczoraj zapachy znowu dały o sobie znać i uderzyły do głowy. Jechałam rowerem, drogą z Chojnic do Przymuszewa, z domu do domu. Nie było wiatru. Były za to krajobrazy poprzetykane lasami i polami, z plamami domów i przytulnym kościołem w Dąbrówce. I było słońce. Słońce pachnące zbożem. Bo to nie zboża nabierają zapachu dzięki słonecznym promieniom, ale to ono nasiąka lipcem i sierpniem, zapachem trawy i zboża. Księżyc zaś pachnie ogniskiem. Rozpoczęły się żniwa.

Szukanie lata jest bardzo pachnące.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Mój biskup diecezjalny admin

Dzisiaj jest wspomnienie Matki Bożej z Góry Karmel, czyli Matki Bożej Szkaplerznej. Z miłą chęcią wybrałam się na odpust do Zamartego (i bez kapusty na bolącej stopie, za to z samym bólem...). Zjawiły się znajome twarze z mojej parafiji, ale i z Chojnic, z Rychnów... I znawił się ON. Mój biskup admin diecezjalny - bp Wiesław Śmigiel. Spotkałam się z nim tak face to face pierwszy raz, więc z tym większą uwagą się mu przyglądałam, a właściwie - bardziej - przysłuchiwałam.

I co?

I super. Biskup jest bardzo ogarnięty, konkretny i sensowny. Homilię powiedział świetną, bez wysoko-pompatyczno-hermetycznych teologizmów, mówił do ludzi, dawał nadzieję. Opowiadał o Chrystusie przez Maryję nieprzesłodzenie, super komentował Ewangelię ("Przemiana w Kanie Galilejskiej") i w ogóle widać było, że Pismo Święte przemyśliwuje, i to bardzo głęboko i trzeźwo.
Takie moje pierwsze wrażenie sobie do domu przywiozłam.

Więc dumnam z naszego biskupa pomocniczego. I aktualnie diecezjalnego admina.

niedziela, 15 lipca 2012

My love


Julian Tuwim. Tak właśnie.
Skończyłam dzisiaj czytać jegoż "Kwiaty polskie" i jestem zachwycona, oczarowana etc. To jest utwór do niejednokrotnego przeczytania, a wręcz do odszyfrowywania - ech, tu poza tuwimowskim zwykłym-niezwykłym poetyzowaniem, w którym trzeba (i czynię to z lubością!) grzebać, to jest i 'winność'. Moja 'wina' nazywa się w tym przypadku wieczne niedouctwo w działce historia, choć "serce rwie się...". Tuwim jest tragiczny i zabawny, romantyczny i ordynarny, patriotyczny i prześmiewczy, zgadzam się z nim i nie zgadzam... "Kwiaty polskie" kwitną wspomnieniem pierwszej wojny światowej, Łodzią - tą bardzo robotniczą i przez Tuwima opuszczaną, ojczyzną 'drobną' i 'szeroką'... Dzieło zakręcone dygresjami. I genialnymi rymami.
Przeczytaniu zachęcam. A moje serce kochające się w facetach z minionej epoki westchnieniu polecam.

sobota, 14 lipca 2012

Wielowątkowo

Z rewelacji ostatnich dni, to:
a) cuda są
b) niespodziewani goście są fajni
c)na rozmowy teologiczne trzeba być przygotowanym zawsze, zwłaszcza w piątek po 16.00
d) osy są złe zawsze. Ja jestem zła na osy o 5.00 rano, szczególnie na dużym palcu od nogi
e) przydałaby się kasa
f) laptopy potrafią być tanie
g) nadal chcę pojechać w Tatry, ale nie wiem czy to się uda. Też nadal

Nie wiem do którego podpunktu odnieść się najpierw, albo w ogóle - szerzej, więc niech tak zostanie, wielowątkowo. Ewentualnie - do czasu aż ktoś sam coś mi wybierze.

piątek, 13 lipca 2012

Duchy...

Ostatnio prześladują mnie duchy.
Wczoraj w nocy śniły mi się zjawy przeszłości, dzisiaj - widma przyszłości. Zjawiskowie, bo śnić osoby, które się znało to rzecz nie tak dziwna, to wyśnić miejsca i ludzi, których się nie widziało jest dosyć dziwaczne. I, jakkolwiek nie wierzę w sny, zdaję sobie sprawę, że są one powodowane różnymi żalami i tęsknotami, i pragnieniami. Przyszłość i przeszłość... A teraźniejszość? Może te dwie wspomniane pojawiają się tak bardzo, kiedy tej trzeciej najwyraźniej... brak?

poniedziałek, 9 lipca 2012

"Witajcie w mojej bajce..."

A wszystko zaczęło się od piątku.

W piątek bowiem Chojnice rozbrzmiały i - bardziej - roztańczyły się i rozbłysły w teatralnej Fieście. Barwny, karnawałowy niemal, korowód powędrował ulicami miasta, od Domu Kultury aż do miejskiej fosy. I ja się oczywiście przydarzyłam tej artystycznej trupie. Cała będąc w srebrze: począwszy od całkiem stylowego kapelusza z wielką, również srebrną, różą i szeleszczącą wielką suknią, po twarz i ręce wybijające się jednak białymi ustami i powiekami. Swoją drogą - teatralny makijaż to jedyny tolerowany u mnie przeze mnie ;) Przecudnie było, artystycznie i przede wszystkim - na szczudłach.

Sobota przydarzyła się pod znakiem ślubu Mileny. "Ech, cóż to był za ślub!..." chciałoby się zaśpiewać :) No bo i prawda. Oprócz tego, że ślub, to jeszcze całkiem ciekawe spotkanie w jednym miejscu tak osobliwych ludzi. Był  i pan Marian znawca i entuzjastyczny roznosiciel alkoholi wszelkiej maści i temperatury, i pani tańcząca z kozą, i pastor wyglądający jak jezuita, i wreszcie Mucha wyglądająca podobno jak zielonoświątkowiec... A to wszystko w przepięknym dworku Janta-Połczyńskich herbu Bończa, spośród których kocham pana Aleksandra.


Niedziela przyszła z przestrzenią pomiędzy Bukowem, Zamartem i Chojnicami. I pomiędzy tymi "pomiędzy" też, szczególnie jeśli chodzi o wizytę nad jeziorem. Chojnice ponownie chodziły na szczudłach ze mną włącznie, na którą to okoliczność musiałam zrezygnować na chwilę z kapusty przybandażowanej na moją stopę, bolącą od tygodnia z powodów bliżej nieokreślonych. Po szczudłach i etiudach zapodziałam się w Chojnicach na dłużej, tj. do zakończenia Fiesty, ogniowego spektaklu i wielkiego pokazu fajerków. Owo zapodziewanie się okazało się kolacją spędzoną nad wielkim rodzinnym albumem w jednym z moich 'adopcyjnych' domów i przenocowanie w drugim z nich. Czasoprzestrzeń między jednym a drugim przemiło wypełnił dobry, zawsze chojnicki Emanuel, którego nigdy nie mam dość latem :)...


A dziś jest poniedziałek. I postanowiłam wrócić do domu. Przyjechałam, weszłam do domu, a tu co? Malowanie, z moją mamą i siostrą w rolach głównych. Zmiana oblicza kuchni. Z różowego na różowe. Postanowiłam przemyśleć to gruntownie i pojechałam ponownie do Chojnic, tym razem rowerem i tym razem na chwilkę. Rower przywrócił mnie do równowagi.


W obliczu takich historyj, choć czuję się jak u siebie, mam wrażenie uczestniczyć w wydarzeniach z obrazów Salvadora Dali. Mam wrażenie być jednym z jego obrazów. Tym nienamalowanym wprawdzie, ale niewątpliwie wiszącym w powietrzu.

czwartek, 5 lipca 2012

To co Muchy lubią najbardziej :}

... czyli upalne lato, rower, szczudła i ogień.
Jednym słowem - wizyta w teatrze. Po długim czasie znowu miałam szczudła na nogach. Naprawdę niesamowite. Kto nie próbował ten nie wie :P
Potem - plucie ogniem, zjawisko jeszcze rzadsze, nawet w życiu wieloletniego aktora teatru ulicznego. Ech, ten smak nafty w ustach... Ten powiew ognia na twarzy... No i dwaj moi towarzysze - Przemek - "mistrz smoka" ;P i Konrad - przyszły "mistrz smoka" :D
A to wszystko na potrzeby piątku i niedzieli. Kto nie wie, ten niech przeczyta program tegorocznej chojnickiej Fiesty. I niech przyjdzie :)

A na to wszystko, wyobraźcie sobie, rower - najwspanialszy wynalazek jeżdżący uczyniony ludzką ręką. Mknący powiatowymi drogami do Chojnic, prowadzony ręką moją.
Mmm... :)

środa, 4 lipca 2012

Z życia Cioci M. ...

Kolejny szalony dzień przeżywania mojego ciotkostwa. Siedzę z Piotrusiem i Dominiką sam na sam w domu, czyli dokonuję nieustannych prób namalowania olejnego obrazu pomiędzy masowym siusianiem, robieniem picia, naprawianiem warkoczyków i dzieleniem batonów. I przy wtórze brumkania samochodzików i piosenek z Mini-Mini.

:)

wtorek, 3 lipca 2012

Wojażeń moc

Druga Wyprawa Toruńska ery nowożytnej zakończona.

W głowie - wiatr krajowej jedynki autostopowej.
W sercu - wszyscy spotkani ludkowie.
W duszy - Toruń nocą widziany z pewnego 8-go piętra.
W plecaku - farby.
W kieszeni - Gołąbek Pokoju.

W oczach - ...