piątek, 7 września 2012

Wrześniowe wariacje na temat



Rozjazdy małe i duże.
Od czasu skończenia toruńskich studiów nie mogę wydostać się z wyprowadzek. W tym miesiącu - do Lublina. Oby skutecznie i na dłużej, bo jeszcze żadna z nich - ani złotoryjska, ani toruńska, ani krakowska - nie zmusiły mnie do jakiegokolwiek ograniczenia rzeczy posiadanych. A jest ich niemało. Na szczęście książek najwięcej, choć kiecki walczą zacięcie. Gdzieś po drodze jeszcze czekają Poznań, Toruń i Zamek B., no i Chojnice, bo kocham. Moje drogie rozjazdy duże. I rozjazdy małe, które okazują się nie mniej wielki, a które już się skończyły. Moje małeduże tatrzańskie ścieżki, pożegnane na chwilę, daj Boże.

Te naprawdę małe, które oby nie stały się duże, to wyprawa do ortopedy. "Dzień dobry, uderzyłam się o Boczań" planowałam powiedzieć pani doktor w gabinecie. Nie wyszło, ale kolano i tak jest zbite i bolące.

A najciszej i pomalutku - podróż we wrzesień sam. Świat kolorowieje i smutnieje troszkę, takie dziwne połączenie. Ale jeszcze wrócę do lata - płótno, farby i troszkę gór z fotografii, na szczęście przedchwilejszych.

W jadłospisie królują gruszki z bigosem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz