sobota, 27 października 2012

Książki ojca Joachima

Słów kilka o dominikańskiej mądrości o. Joachima Badeniego. Świeżo po lekturze "Kobieta i mężczyzna. Boska miłość" i "O kapłaństwie, celibacie i małżeństwie z rozsądku". 

"Kobieta i mężczyzna. Boska miłość" to piękna opowieść (wywiad) o mistyce małżeństwa. I o tym, że mistyka jest na wyciągnięcie ręki, bo Pan Bóg ją podaje - sakramentem. "Żona może mistycznie ugotować zupę. Kręci łyżką i cały czas myśli o mężu: <To będzie dla niego.> Jest w niej miłość Boska i ta zupa staje się uczestnikiem działania Boga." Choć książka traktuje o rzeczach trudnych, czyta się ją z uśmiechem. Ojciec Joachim odsłania trochę elementów z psychologii mężczyzny i kobiety, mówi o powołaniu małżeńskim i niemałżeńskim, o istocie, tajemnicy i uroku aktu małżeńskiego, o wierności... O tym, że oczyszczanie miłości może boleć, ale warto. Tajemnice życia i codziennej możliwej, dosięgalnej mistyki wydobywa z doświadczenia spotkań z ludźmi - przyjaciółmi, towarzyszami wspólnych przeżyć, młodzieżą duszpasterskiej, małżeństwami proszącymi go o radę.  We wszystko to wplata - z właściwym sobie urokiem - historię swojego własnego życia i powołania. 

"O kapłaństwie, celibacie i małżeństwie z rozsądku" dotyka sfery powołania i życia zakonnego i kapłańskiego. Ojciec Joachim opowiada o istocie, głębi i niesamowitości daru kapłaństwa, którym małego człowieka obdarza sam Bóg. Głębię ową opisuje powołując się na swoje doświadczenie i przeżywanie tajemnic wiary, nie zapominając jednak o wielkiej Tajemnicy tego daru, tego sakramentu. Jego słowa nie są jednak patetyczne, nie nudzą się górnolotnymi opowieściami. Wprost przeciwnie - da się wyczuć prawdziwość jego słów, a to wciąga. Mówi też o codziennych perypetiach i problemach, z którymi spotyka się kapłan czy zakonnik: o przeżywaniu samotności, rezygnacji z małżeństwa, nudzie i rutynie, ubóstwie i bogactwie, spowiedzi, sensie koleżeństwa i przyjaźni, o relacjach kapłan-kobieta. Wszystko z błyskotliwością i humorem ojca Badeniego :)


Swoją literacką przygodę z ojcem Badenim rozpoczęłam kilka lat temu od książki "Uwierzcie w koniec świata!" Wciąż we mnie żyje to, o czym on tam mówił. A mówił, jak skomentował to jeden z moich znajomych kapłanów: "o tym, co mówi Kościół". Zapraszam więc do poznania/pogłębienia nauki Kościoła Katolickiego w wydaniu ojca Joachima. Zwłaszcza tych, którym język np. KKK przez gardło nie przechodzi ;)
Osobiście zaś stwierdzam - po przeczytaniu człowiek zostaje zawsze "głodny"...

poniedziałek, 8 października 2012

Życie 'od kuchni'



Z powodu "ogromu" zajęć na uczelni poniedziałkowe przedpołudnie poświęcam pogłębionemu życiu w kuchni... W odcinkach ;)


Odcinek pierwszy: "Kandyzowane banany w czekoladzie"

To był jeden z pochmurnych, deszczowych dni października. Pomimo szczelnie zamkniętych okien, słychać było szum wiatru i nietrudno było się domyśleć, że w tych odgłosach jesieni bardzo pracowicie pomagały mu lecące z drzew liście. Żółte, czerwone, brązowe... Lubię taką jesień. Wstałam cicho, starając się nie obudzić mojej współlokatorki, a i po części siebie, błądzącej jeszcze myślami po ścieżkach porwanych snów. Błądzącej po nich od godziny, bo na budziku nastawionym na godzinę 7.00 dochodziła 8.00. Ach, jesień...

Ubrałam się, wyszłam, modlitwa, wróciłam... Jak to jest, że człowiek broni się przed wielką rutyną jednocześnie wykonując ją codziennie? W tym jest sens. Ta rutyna jest nierutynowa. Ona jest inna, niezwykła. Jeśli jej, albo 'tego', bo nierutynowa rutyna już nią nie jest, rzeczywiście dotykam, staje się celebracją niemal, jakimś sacrum, bardzo intymnym wydarzeniem. Jeśli jest prawdziwe. Jeśli jest prawdą głęboko osobistą i świadomą. Wtedy nie ma rutyny. Wtedy to jest codziennie inne. Nowe. Jest naprawdę początkiem. Choćby dnia.


A kandyzowane banany w czekoladzie? Cóż, nie wyszły...

wtorek, 25 września 2012

Cierpienie, krew i flaki, czyli ciasteczka

Zabrałam się dzisiaj za pieczenie ciasteczek. To wieść niesamowita tym bardziej, że według nowego przepisu. Tu jednozdaniowa dygresja na temat tego jak bardzo nie lubię kuchcić - otóż: bardzo. I druga - na temat tego, że nigdy chyba nie wyszłam poza mój wypróbowany trzyskładnikowy przepis ciasteczkowy. Zasada "im mniej składników tym lepiej" dotychczas sprawdzała się całkiem nieźle.
Ciasteczka... nawet wyszły. Rozpoczęło się od kombinacji kształtów, skończyło - na kombinacji nadzienia. Tu coś wypłynęło, tam coś się przypaliło... i gotowe :) Najbardziej emocjonujący był moment, w którym zamiast 10 dag dodałam do ciasta 10 g drożdży. To się nazywa kulinarny analfabetyzm... Całą sytuację uratowała Kasia - moja siostra, kulinarny specjalista domu. Kasia została bohaterem w swoim domu, bo poza uratowaniem ciasta przeżyła również grad pytań ze strony niekulinarnej siostry. Całość wydarzenia skończyła się dobrze, jak w amerykańskim filmie, tylko bez Murzyna ;)

Trauma przypalonego i niedopieczonego jednocześnie ciasta z akademika, które z Iwonką doprowadzałyśmy do stanu jedzenia za pomocą tarki, powoli odchodzi w niepamięć.Stare dobre straszne czasy... ;)

Kochana Wspólnoto, dla ciebie tak się poświęcam ;)

niedziela, 9 września 2012

Post podszyty ekshibicjonizmem

Św. Izydor od kuchni, czyli praca wre, z przerwą na Dzień Pański :)

Tak sobie myślę, czy nie wrzucić fotek z tworzenia ikony w mojej autorskiej wersji, tj. bardzo kombinowanej. To niestety nie takie tanie przedsięwzięcie, a jeszcze biorąc pod uwagę docenienie artystów przez społeczeństwo, to na uznanie i miliony mogę ewentualnie liczyć po śmierci, i to też raczej tragicznej czy spektakularnej. Zrobiłabym to zatem dla tych co jako i ja - wariacko kochają pędzel i farby ;)

Ale póki co i póki zastanawianie się trwa - daję się podglądnąć w środeczku malowania Izydora, patrona rolników. Na zamówienie. Olejami, które wraz z nieodłączną benzyną do czyszczenia pędzli dopomagają mi w mocnym śnie nocami, zabarwionymi już przecież lękiem związanym z nadciągającą przeprowadzką... 



piątek, 7 września 2012

Wrześniowe wariacje na temat



Rozjazdy małe i duże.
Od czasu skończenia toruńskich studiów nie mogę wydostać się z wyprowadzek. W tym miesiącu - do Lublina. Oby skutecznie i na dłużej, bo jeszcze żadna z nich - ani złotoryjska, ani toruńska, ani krakowska - nie zmusiły mnie do jakiegokolwiek ograniczenia rzeczy posiadanych. A jest ich niemało. Na szczęście książek najwięcej, choć kiecki walczą zacięcie. Gdzieś po drodze jeszcze czekają Poznań, Toruń i Zamek B., no i Chojnice, bo kocham. Moje drogie rozjazdy duże. I rozjazdy małe, które okazują się nie mniej wielki, a które już się skończyły. Moje małeduże tatrzańskie ścieżki, pożegnane na chwilę, daj Boże.

Te naprawdę małe, które oby nie stały się duże, to wyprawa do ortopedy. "Dzień dobry, uderzyłam się o Boczań" planowałam powiedzieć pani doktor w gabinecie. Nie wyszło, ale kolano i tak jest zbite i bolące.

A najciszej i pomalutku - podróż we wrzesień sam. Świat kolorowieje i smutnieje troszkę, takie dziwne połączenie. Ale jeszcze wrócę do lata - płótno, farby i troszkę gór z fotografii, na szczęście przedchwilejszych.

W jadłospisie królują gruszki z bigosem.

sobota, 28 lipca 2012

O pachnieniu

Zapachów moc krąży ostatnio po świecie. I, co lepsze, mają one swoje dźwięki i kolory.

Zaczęło się kilka dni temu o 5.20. Świat rozpoczął się absolutną ciszą i słońcem pokrywającym wszystko mokrą złotą zielenią. Ubraliśmy się, wzięliśmy koszyki i... ruszyliśmy na grzybobranie. Starą droga. Tkwiła w tym miejscu i prowadziła w kierunku lasu odkąd tylko pamiętam, czyli zapewne jeszcze dłużej. Aż mam ochotę pomyśleć, że tkwiła tam od zawsze, że jest śladem, tajemniczą pozostałością po niepamiętnych czasach. Ukrytym na borowiackiej ziemi traktem dawnych dni. Pachniała lekko rosą, mocno natomiast skoszonym sianem i trawą.Wczesny ranek jest idealną porą, żeby się na niej zapomnieć. Dzień przynosi odgłos szczekania psów ze wsi, przypomnienie cywilizacji. Weszliśmy w las. Tu dopiero zapachy wybuchły ze zdwojoną siłą! Sosny, wilgoć, runo leśne!... Słońce prześlizgujące się pomiędzy gałęziami wąskimi strużkami światła lub zalewające wyłaniające się mniej lub bardziej niespodziewanie łąki. Mistyka lasu. Na samym końcu zapachniały grzyby. Jak kadzidła, które kradliśmy do naszego głośnego domowego profanum.

Wczoraj zapachy znowu dały o sobie znać i uderzyły do głowy. Jechałam rowerem, drogą z Chojnic do Przymuszewa, z domu do domu. Nie było wiatru. Były za to krajobrazy poprzetykane lasami i polami, z plamami domów i przytulnym kościołem w Dąbrówce. I było słońce. Słońce pachnące zbożem. Bo to nie zboża nabierają zapachu dzięki słonecznym promieniom, ale to ono nasiąka lipcem i sierpniem, zapachem trawy i zboża. Księżyc zaś pachnie ogniskiem. Rozpoczęły się żniwa.

Szukanie lata jest bardzo pachnące.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Mój biskup diecezjalny admin

Dzisiaj jest wspomnienie Matki Bożej z Góry Karmel, czyli Matki Bożej Szkaplerznej. Z miłą chęcią wybrałam się na odpust do Zamartego (i bez kapusty na bolącej stopie, za to z samym bólem...). Zjawiły się znajome twarze z mojej parafiji, ale i z Chojnic, z Rychnów... I znawił się ON. Mój biskup admin diecezjalny - bp Wiesław Śmigiel. Spotkałam się z nim tak face to face pierwszy raz, więc z tym większą uwagą się mu przyglądałam, a właściwie - bardziej - przysłuchiwałam.

I co?

I super. Biskup jest bardzo ogarnięty, konkretny i sensowny. Homilię powiedział świetną, bez wysoko-pompatyczno-hermetycznych teologizmów, mówił do ludzi, dawał nadzieję. Opowiadał o Chrystusie przez Maryję nieprzesłodzenie, super komentował Ewangelię ("Przemiana w Kanie Galilejskiej") i w ogóle widać było, że Pismo Święte przemyśliwuje, i to bardzo głęboko i trzeźwo.
Takie moje pierwsze wrażenie sobie do domu przywiozłam.

Więc dumnam z naszego biskupa pomocniczego. I aktualnie diecezjalnego admina.

niedziela, 15 lipca 2012

My love


Julian Tuwim. Tak właśnie.
Skończyłam dzisiaj czytać jegoż "Kwiaty polskie" i jestem zachwycona, oczarowana etc. To jest utwór do niejednokrotnego przeczytania, a wręcz do odszyfrowywania - ech, tu poza tuwimowskim zwykłym-niezwykłym poetyzowaniem, w którym trzeba (i czynię to z lubością!) grzebać, to jest i 'winność'. Moja 'wina' nazywa się w tym przypadku wieczne niedouctwo w działce historia, choć "serce rwie się...". Tuwim jest tragiczny i zabawny, romantyczny i ordynarny, patriotyczny i prześmiewczy, zgadzam się z nim i nie zgadzam... "Kwiaty polskie" kwitną wspomnieniem pierwszej wojny światowej, Łodzią - tą bardzo robotniczą i przez Tuwima opuszczaną, ojczyzną 'drobną' i 'szeroką'... Dzieło zakręcone dygresjami. I genialnymi rymami.
Przeczytaniu zachęcam. A moje serce kochające się w facetach z minionej epoki westchnieniu polecam.

sobota, 14 lipca 2012

Wielowątkowo

Z rewelacji ostatnich dni, to:
a) cuda są
b) niespodziewani goście są fajni
c)na rozmowy teologiczne trzeba być przygotowanym zawsze, zwłaszcza w piątek po 16.00
d) osy są złe zawsze. Ja jestem zła na osy o 5.00 rano, szczególnie na dużym palcu od nogi
e) przydałaby się kasa
f) laptopy potrafią być tanie
g) nadal chcę pojechać w Tatry, ale nie wiem czy to się uda. Też nadal

Nie wiem do którego podpunktu odnieść się najpierw, albo w ogóle - szerzej, więc niech tak zostanie, wielowątkowo. Ewentualnie - do czasu aż ktoś sam coś mi wybierze.

piątek, 13 lipca 2012

Duchy...

Ostatnio prześladują mnie duchy.
Wczoraj w nocy śniły mi się zjawy przeszłości, dzisiaj - widma przyszłości. Zjawiskowie, bo śnić osoby, które się znało to rzecz nie tak dziwna, to wyśnić miejsca i ludzi, których się nie widziało jest dosyć dziwaczne. I, jakkolwiek nie wierzę w sny, zdaję sobie sprawę, że są one powodowane różnymi żalami i tęsknotami, i pragnieniami. Przyszłość i przeszłość... A teraźniejszość? Może te dwie wspomniane pojawiają się tak bardzo, kiedy tej trzeciej najwyraźniej... brak?

poniedziałek, 9 lipca 2012

"Witajcie w mojej bajce..."

A wszystko zaczęło się od piątku.

W piątek bowiem Chojnice rozbrzmiały i - bardziej - roztańczyły się i rozbłysły w teatralnej Fieście. Barwny, karnawałowy niemal, korowód powędrował ulicami miasta, od Domu Kultury aż do miejskiej fosy. I ja się oczywiście przydarzyłam tej artystycznej trupie. Cała będąc w srebrze: począwszy od całkiem stylowego kapelusza z wielką, również srebrną, różą i szeleszczącą wielką suknią, po twarz i ręce wybijające się jednak białymi ustami i powiekami. Swoją drogą - teatralny makijaż to jedyny tolerowany u mnie przeze mnie ;) Przecudnie było, artystycznie i przede wszystkim - na szczudłach.

Sobota przydarzyła się pod znakiem ślubu Mileny. "Ech, cóż to był za ślub!..." chciałoby się zaśpiewać :) No bo i prawda. Oprócz tego, że ślub, to jeszcze całkiem ciekawe spotkanie w jednym miejscu tak osobliwych ludzi. Był  i pan Marian znawca i entuzjastyczny roznosiciel alkoholi wszelkiej maści i temperatury, i pani tańcząca z kozą, i pastor wyglądający jak jezuita, i wreszcie Mucha wyglądająca podobno jak zielonoświątkowiec... A to wszystko w przepięknym dworku Janta-Połczyńskich herbu Bończa, spośród których kocham pana Aleksandra.


Niedziela przyszła z przestrzenią pomiędzy Bukowem, Zamartem i Chojnicami. I pomiędzy tymi "pomiędzy" też, szczególnie jeśli chodzi o wizytę nad jeziorem. Chojnice ponownie chodziły na szczudłach ze mną włącznie, na którą to okoliczność musiałam zrezygnować na chwilę z kapusty przybandażowanej na moją stopę, bolącą od tygodnia z powodów bliżej nieokreślonych. Po szczudłach i etiudach zapodziałam się w Chojnicach na dłużej, tj. do zakończenia Fiesty, ogniowego spektaklu i wielkiego pokazu fajerków. Owo zapodziewanie się okazało się kolacją spędzoną nad wielkim rodzinnym albumem w jednym z moich 'adopcyjnych' domów i przenocowanie w drugim z nich. Czasoprzestrzeń między jednym a drugim przemiło wypełnił dobry, zawsze chojnicki Emanuel, którego nigdy nie mam dość latem :)...


A dziś jest poniedziałek. I postanowiłam wrócić do domu. Przyjechałam, weszłam do domu, a tu co? Malowanie, z moją mamą i siostrą w rolach głównych. Zmiana oblicza kuchni. Z różowego na różowe. Postanowiłam przemyśleć to gruntownie i pojechałam ponownie do Chojnic, tym razem rowerem i tym razem na chwilkę. Rower przywrócił mnie do równowagi.


W obliczu takich historyj, choć czuję się jak u siebie, mam wrażenie uczestniczyć w wydarzeniach z obrazów Salvadora Dali. Mam wrażenie być jednym z jego obrazów. Tym nienamalowanym wprawdzie, ale niewątpliwie wiszącym w powietrzu.

czwartek, 5 lipca 2012

To co Muchy lubią najbardziej :}

... czyli upalne lato, rower, szczudła i ogień.
Jednym słowem - wizyta w teatrze. Po długim czasie znowu miałam szczudła na nogach. Naprawdę niesamowite. Kto nie próbował ten nie wie :P
Potem - plucie ogniem, zjawisko jeszcze rzadsze, nawet w życiu wieloletniego aktora teatru ulicznego. Ech, ten smak nafty w ustach... Ten powiew ognia na twarzy... No i dwaj moi towarzysze - Przemek - "mistrz smoka" ;P i Konrad - przyszły "mistrz smoka" :D
A to wszystko na potrzeby piątku i niedzieli. Kto nie wie, ten niech przeczyta program tegorocznej chojnickiej Fiesty. I niech przyjdzie :)

A na to wszystko, wyobraźcie sobie, rower - najwspanialszy wynalazek jeżdżący uczyniony ludzką ręką. Mknący powiatowymi drogami do Chojnic, prowadzony ręką moją.
Mmm... :)

środa, 4 lipca 2012

Z życia Cioci M. ...

Kolejny szalony dzień przeżywania mojego ciotkostwa. Siedzę z Piotrusiem i Dominiką sam na sam w domu, czyli dokonuję nieustannych prób namalowania olejnego obrazu pomiędzy masowym siusianiem, robieniem picia, naprawianiem warkoczyków i dzieleniem batonów. I przy wtórze brumkania samochodzików i piosenek z Mini-Mini.

:)

wtorek, 3 lipca 2012

Wojażeń moc

Druga Wyprawa Toruńska ery nowożytnej zakończona.

W głowie - wiatr krajowej jedynki autostopowej.
W sercu - wszyscy spotkani ludkowie.
W duszy - Toruń nocą widziany z pewnego 8-go piętra.
W plecaku - farby.
W kieszeni - Gołąbek Pokoju.

W oczach - ...

czwartek, 28 czerwca 2012

Ćwierć litra radości :)

Cóż za dzień rewolucyjnych zmian! Siedzę sobie u schyłku dnia, z prawej strony szklanica zimnego piwa,z drugiej aktywowany telefon z nowym numerem (niech się wypchają swoimi obietnicami w Orange o przywracaniu nieaktywnych numerów i bla bla bla). Kto nie ma a chce - niech pyta a otrzymuje!... :)
No i dostałam puszkę ślicznego lakieru nitro. Obyło się bez specyfikałów paznokciowych i manewrowaniem z lakierem jachtowym, co do którego jest tajemnicą wiary, co on robił w przydomowej piwnicy. Otwierając upragnioną puszkę zdołałam opryskać ścianę, podłogę, pół stolika i siebie. Bynajmniej nie z radości - ale i tak nie zdałam się zgasić. Ot, mała 0, 2l rzecz, a cieszy :)

I jeszcze na to wszystko rozglądam się leniwie dookoła, szukając z czego by tu pokpić. Bo wielką mam ochotę...

Lady Man

Dzisiaj jestem mężczyzną w moim domu. Od rana wkręcam wkręty i wbijam gwoździe, niestety dość nieskutecznie. Ustalam również ceny hand made'ów i planuję wielką przyszłość. W wielu wariantach. Konsekwentnie także - będąc dziś wujkiem M. - sporządzenie kitki na główce małej Dominiki skończyło się nieokreśloną fryzurą w stylu lat n'-tych. Myśl moją nadal zaprząta brak lakieru nitro. Skończy się więc kupnem bezbarwnego lakieru do paznokci. Bardzo nie po męsku.

środa, 27 czerwca 2012

Bal-party

Mój brat miał wczoraj zabawę z okazji skończenia gimnazjum. Dwie klasy jego rocznika skrzywdzili tam tańczeniem poloneza... Co się wyrabia.
Jeszcze trochę, to zakończenia gimnazjum nie będziemy odróżniali od studniówki. Chociaż -gimnazjalistów czasem już trudno odróżnić od licealistów. Ale nie wszystkich, tu (chyba) jeszcze nie jest tak źle. Czego jednak, zdaje się, nie można powiedzieć o testach gimnazjalnych a nową nową nową nową maturą.

wtorek, 26 czerwca 2012

Przemyślenia na temat myślenia

Zdecydowanie za głośno myślę (jakim cudem mogłam stwierdzić to dopiero wczoraj? a może ta myśl w końcu doszła do głosu?).
Chociaż to proces wewnętrzny, zjawisku temu towarzyszą takie objawy zewnętrzne jak plucie sobie w brodę, czochranie i offlinowanie się na facebooku ( przygłupawe, wiem, i to też trzeba zmienić). Dlaczego? Bo przedłużeniem myślenia w głowie jest język, a ten dziwnym sposobem spokrewnił się z dłońmi, zazwyczaj spoczywającymi na klawiaturze. I tu się zaczyna koniec świata (znowu)...

Czas to zmienić, co następuje (akurat). Na moim własnym blogu wprowadzam, totalitarną mą ręką, cenzurę moich myśli (akurat). Dziś zatem - myślę o kwiatkach, ptaszkach, chmurkach i słoneczku. I o puszce lakieru nitro, której nie mam (marzenia mam obiektywne).

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Post na specjalne zamówienie

No proszę - już już w swoim świętym zniecierpliwieniu miałam porzucić tematy blogowania, a tu masz! - dopominają się pisania :D A jednak ktoś to czytuje ;) Wdzięcznam ;)

niedziela, 10 czerwca 2012

Verstopfung

Moje zapędy lingwistyczne wracają jak bumerang. Przydałoby się coś zrobić z językiem niemieckim, taką mam chętkę, bo skoro już publicznie przyznaję się do deutsche matury... Gdzieś tam w tle zawsze odzywa mi się angielski, ten z kolei z konieczności życiowej. I z kolei, na której to przeprowadziłam ostatnio dialog 'Kali być - Kali mieć' z pewną pasażerką rodem z Azji. Ale umiała powiedzieć "Bydgoszcz" :) Dalej - wskrzeszony po dwóch latach hebrajski, z którego dumnam. Łacina, greka - po biblijnemu, a jakże :) Ach - i mój ukochany rosyjski.

A wszystko zaczęło się od pewnego porannego dialogu z moim bratem na temat Verstopfung ...

sobota, 9 czerwca 2012

Obywatelski obowiązek

Jako członek społeczeństwa polskiego wzięłam się wczoraj za spełnianie obywatelskiego obowiązku - i oglądałam mecz. Pierwsza połowa, z oczami w facebooku, a uszami w telewizorze. Na drugą, tuż po greckim golu, wpadła moja domowa ekipa z siostrzeńcami na czele, wysuwając żądania nie tolerujące sprzeciwu, że "chcą Mini-Mini". Cóż było robić biednej Cioci M. ;)

Generalnie jednak - udało mi się coś biało-czerwonego zobaczyć na ekranie telewizora, czym mogę się obronić przed zarzucającymi mi obojętność patriotyczną prawowitymi kibicami. Jeśli się takowi nadarzą. Bo póki co kpina, mam wrażenie, rządzi Euro-narodem ;)

piątek, 8 czerwca 2012

Bez jakiegoś specjalnego tytuła.

No i masz ci los... Mam bloga.
Mam również facebooka, naszą-klasę i jakieś konto na forum byłych studiów.
Rozmnażają mi się miejsca publicznej wypowiedzi. A ja akurat, jak na złość, pilnie poszukuję miejsc publicznej działalności.