No właśnie - wiosna zawitała. Także i w Lublinie znalazło się dla niej miejsce, pomimo trwającej pół roku zimy. Choć po Lubelakach, a propo's tego ochłodzenia, chodzą głosy i pomruki, że mógłby spaść już śnieg, bo dawno nie było. Jedna Polska, a dwa światy...
Na lubelską wiosnę składa się także wcześniejsze poranki. Na szczęście już szkoda spać za długo. (Choć w mojej prywatnej Azji i Afryce tego nie wiadomo. Ale to historia na innego posta.) Przez okno i balonowe drzwi spodobało się słońcu wpadać bardzo wcześnie i pytać o kawę zbożową. A ja kawę zbożową to owszem - i wstaję. Czasem przylatuje też rudy gołąb. Coś mi się widzi, że szuka, jeśli nie zaczepki, to przyjaźni. Są jeszcze znienacka zakwitłe róże i bzy w ramce na stoliku,a le o tym sza!..., bo tu jest już i przyjaźń i zaczepka ;)
Lubelska wiosna. Zakurzona przy Racławickich i Kraśnickich, śpiewająca po drzewach, szybka i mocno spóźniona. Urokliwa. Jak to wiosna...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz