Zabrałam się dzisiaj za pieczenie ciasteczek. To wieść niesamowita tym bardziej, że według nowego przepisu. Tu jednozdaniowa dygresja na temat tego jak bardzo nie lubię kuchcić - otóż: bardzo. I druga - na temat tego, że nigdy chyba nie wyszłam poza mój wypróbowany trzyskładnikowy przepis ciasteczkowy. Zasada "im mniej składników tym lepiej" dotychczas sprawdzała się całkiem nieźle.
Ciasteczka... nawet wyszły. Rozpoczęło się od kombinacji kształtów, skończyło - na kombinacji nadzienia. Tu coś wypłynęło, tam coś się przypaliło... i gotowe :) Najbardziej emocjonujący był moment, w którym zamiast 10 dag dodałam do ciasta 10 g drożdży. To się nazywa kulinarny analfabetyzm... Całą sytuację uratowała Kasia - moja siostra, kulinarny specjalista domu. Kasia została bohaterem w swoim domu, bo poza uratowaniem ciasta przeżyła również grad pytań ze strony niekulinarnej siostry. Całość wydarzenia skończyła się dobrze, jak w amerykańskim filmie, tylko bez Murzyna ;)
Trauma przypalonego i niedopieczonego jednocześnie ciasta z akademika, które z Iwonką doprowadzałyśmy do stanu jedzenia za pomocą tarki, powoli odchodzi w niepamięć.Stare dobre straszne czasy... ;)
Kochana Wspólnoto, dla ciebie tak się poświęcam ;)
Nie no, dobre są te ciasteczka :)
OdpowiedzUsuńno to sie ciesze;)
Usuń