poniedziałek, 9 lipca 2012

"Witajcie w mojej bajce..."

A wszystko zaczęło się od piątku.

W piątek bowiem Chojnice rozbrzmiały i - bardziej - roztańczyły się i rozbłysły w teatralnej Fieście. Barwny, karnawałowy niemal, korowód powędrował ulicami miasta, od Domu Kultury aż do miejskiej fosy. I ja się oczywiście przydarzyłam tej artystycznej trupie. Cała będąc w srebrze: począwszy od całkiem stylowego kapelusza z wielką, również srebrną, różą i szeleszczącą wielką suknią, po twarz i ręce wybijające się jednak białymi ustami i powiekami. Swoją drogą - teatralny makijaż to jedyny tolerowany u mnie przeze mnie ;) Przecudnie było, artystycznie i przede wszystkim - na szczudłach.

Sobota przydarzyła się pod znakiem ślubu Mileny. "Ech, cóż to był za ślub!..." chciałoby się zaśpiewać :) No bo i prawda. Oprócz tego, że ślub, to jeszcze całkiem ciekawe spotkanie w jednym miejscu tak osobliwych ludzi. Był  i pan Marian znawca i entuzjastyczny roznosiciel alkoholi wszelkiej maści i temperatury, i pani tańcząca z kozą, i pastor wyglądający jak jezuita, i wreszcie Mucha wyglądająca podobno jak zielonoświątkowiec... A to wszystko w przepięknym dworku Janta-Połczyńskich herbu Bończa, spośród których kocham pana Aleksandra.


Niedziela przyszła z przestrzenią pomiędzy Bukowem, Zamartem i Chojnicami. I pomiędzy tymi "pomiędzy" też, szczególnie jeśli chodzi o wizytę nad jeziorem. Chojnice ponownie chodziły na szczudłach ze mną włącznie, na którą to okoliczność musiałam zrezygnować na chwilę z kapusty przybandażowanej na moją stopę, bolącą od tygodnia z powodów bliżej nieokreślonych. Po szczudłach i etiudach zapodziałam się w Chojnicach na dłużej, tj. do zakończenia Fiesty, ogniowego spektaklu i wielkiego pokazu fajerków. Owo zapodziewanie się okazało się kolacją spędzoną nad wielkim rodzinnym albumem w jednym z moich 'adopcyjnych' domów i przenocowanie w drugim z nich. Czasoprzestrzeń między jednym a drugim przemiło wypełnił dobry, zawsze chojnicki Emanuel, którego nigdy nie mam dość latem :)...


A dziś jest poniedziałek. I postanowiłam wrócić do domu. Przyjechałam, weszłam do domu, a tu co? Malowanie, z moją mamą i siostrą w rolach głównych. Zmiana oblicza kuchni. Z różowego na różowe. Postanowiłam przemyśleć to gruntownie i pojechałam ponownie do Chojnic, tym razem rowerem i tym razem na chwilkę. Rower przywrócił mnie do równowagi.


W obliczu takich historyj, choć czuję się jak u siebie, mam wrażenie uczestniczyć w wydarzeniach z obrazów Salvadora Dali. Mam wrażenie być jednym z jego obrazów. Tym nienamalowanym wprawdzie, ale niewątpliwie wiszącym w powietrzu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz